Impreza w klubie, zabawa na całego. Nielubiany On po wejściu udaje się do baru gdzie siedzi do samego końca zamawiając raz Jacka Daniels'a ze Spritem a raz rum z Colą. Do klubu został wyciągnięty siłą, pod pretekstem: "nigdy z nami nie chodzisz na miasto" lub "no chodź znajdziesz sobie dziewczynę" (klub to ostatnie miejsce gdzie by jej szukał). Prawda jest inna, jest tam dlatego że jego koledzy po wypiciu jednego piwa na trzech najebią się tak mocno że będą chcieli poobracać sobie jakieś randomowe dziewczyny. Niestety te będą tam z chłopakami którzy jak na złość są wyrośnięci jakby jedli drożdże z Czarnobyla. Nasz okupant barowy będzie musiał temu zaradzić, ma doświadczenie, od podstawówki łamał nosy swoim prześladowcą i jego "koledzy" o tym wiedzą. Wypełnił swój obowiązek i teraz jest wolny.
Zjazd rodzinny czy coś w tym stylu. Bezsensowne rozmowy, głośny śmiech a w fotelu z przymkniętymi oczami siedzi znudzony chłopak popijający kompot. Wszyscy mają go w dupie do momentu aż kobiety ruszą do kuchni przygotować obiad i poplotkować a faceci (nawet Ci młodzi) wyjdą na powietrze zapalić i wypić piwo. On jeden nielubiany zostaje na posterunku fotelowym by zabawiać starszyznę która pozostała w salonie i opowiada o swoich licznych chorobach. Bywał w takich sytuacjach nie raz i wie jak się zachować. Wie że najstarsi Indianie będę go o coś pytać, dlatego co 10-15 sekund rzuca sekwencję: "no niby tak" a następnie: "takie mamy czasy". Tak mija mu 30 minut i po zjedzeniu "rodzinnego" obiadu wraca do swojego pokoju i tam już zostaje. Wypełnił swój obowiązek i teraz jest wolny.
Domówka, głośna gra muzyka wszyscy tańczą najebani, na balkonie amatorzy narkotyków palą zioło a w kuchni miziają się zakochani. On siedzi w rogu powoli opróżniając piwo, obok niego stoją jeszcze cztery. Balkonowi narkomani zapomnieli że to po koksie dostaje się kurwicy a nie po zielsku i zaczynają wrzeszczeć jakby byli na stadionie. Sąsiedzi emeryci przestraszyli się że Niemcy znów wkroczyli, dziadek wyciąga mundur z szafy a babcia dzwoni na 997.
Po dwóch godzinach do drzwi gdzie odbywa się domówka ktoś się dobija. Nasz nielubiany bohater (jedyny trzeźwy) czyni swą powinność. Wyłącza muzykę, zamyka upalonych gimbusów na balkonie i idzie do drzwi. Widok już znany, panowie policjanci. Wywiązuje się krótki dialog:
997: Przepraszamy za najście...
Bohater: Nic nie szkodzi, Niemcy nawet nie pukali.
(Na twarzach policjantów pojawia się uśmiech)
997: Sąsiedzi skarżą się na hałas.
Bohater: Wiem przepraszam za to ale jakoś się zapomniałem, jak Panowie widzą już jest cicho i tak zostanie a jutro odwiedzę sąsiadów i przeproszę za problem.
Stróże prawa żegnają się i odchodzą. Nasz nielubiany wraca do salonu gdzie wszyscy śpią oprócz więźniów balkonu, wypuszcza ich i mówi że już czas iść do domu, sam wychodzi zaraz za nimi. Wypełnił swój obowiązek i teraz jest wolny.

Wolnym od obowiązku - :) Nie ma to, jak pełen luz obserwatora siedzącego w bujanym fotelu. Świetnie napisane - pozdrawiam
OdpowiedzUsuńhttp://eksperyment-przemijania.blog.onet.pl/
Bardzo fajnie napisane. ALe czasem trudno jest "być wolnym" po wypełnieniu obowiązku, czasem jakaś sprawa męczy dłużej ;)
OdpowiedzUsuń